Tak, większość odpadów z dymarki zawiera chondry. Dziwne? A no nie! Jak ktoś zna historie starożytnego hutnictwa wie, że do każdego pieca rytualnie dodawano choćby szczyptę chondr z meteorytów, których szukały specjalne ekipy wyposażone w tresowane świnie (psy nie nadawały się aż tak dobrze). A gdy zabrakło meteorytów próbowano dodawać szklane paciorki wyrabiane niezwykle rzadką, żmudną, niebezpieczną techniką zwaną chondroleniem wymagającą specjalistycznego sprzętu optycznego, laserowego i kwantowej łyżeczki (innym razem mogę opisać jej proces). Niestety, wyroby żelazne sporządzone tym oszukańczym sposobem okazywały się bardzo marnej jakości. Szczególnie widoczne to było w orężu, który podczas walki z wrogiem, i tylko z wrogiem, w prawdziwej walce na śmierć i życie, a nie podczas treningu, po trzech uderzeniach stawał się najpierw twardy i przenoszący potworne wibracje na władającego, który pod ich wpływem dostawał oczopląsu, pląsu nóg, czkawki, pierdziawki i pełnej nogawki. Po czym wszystko wracało jakby do normy, ale tylko na chwilę, bo po kolejnych ciosach broń z żołnierzem krzywiła się, uchechłena brzącholiła aż wreszcie gnuśniała na prawo i lewo a także do tyłu, co niezdrowotnie prowadziło do śmierci i rozpełznięcia, tak iż niezdatnymi byli do dalszej dymarki.
Lepszy groszek w garści niż bolid nad dachem.